sobota, 3 czerwca 2017

Referat o KL Warschau pt. Historyk, polityk, czy smrodziel?


I

Prof. Jan Żaryn 2 stycznia 2017 r. na spotkaniu w Centrum Edukacyjnym Powiśle oznajmia: „Na dziś nie umiemy udowodnić jako naukowcy, że istniał KL Warschau inaczej rozumiany niż Gęsiówka”. Inaczej rozumiany niż mówią o tym dowody, które Kopka odnalazł i które zaprzeczają istnieniu komory gazowej. Stwierdza przy tym kategorycznie: „nie gazowano, takiego dowodu nie mamy...” (1)

Oznacza to, że profesorowie B. Kopka i J. Żaryn, którym tytuły naukowe podwyższono już po „pracy” nad KL Warschau - to naukowcy, a profosorowie tacy jak: M. Chrech-Modelska, W. Bojarski, J.R. Nowak, R. Bender, E. Prus, których tytuły nie zmieniły się w trakcie dysputy o KL Warschau - uznający jednak wszystkie lagry KL Warschau i komorę gazową – naukowcami już nie są. Należałoby przy tym poprosić prof. Żaryna aby nie był taki figo fago, tylko ujawnił rąbek tajemnicy naukowej, jakież to dowody Kopka odnalazł – choćby jeden przykład - bo jak dotąd nikt jeszcze tego nie sprecyzował, a przy okazji przypomnieć wypowiedź profesora z 2008 r, cyt: „wywody Kopki w jego książce nie są stanowiskiem IPN, lecz prywatnymi poglądami autora”(2) i zapytać kiedy kłamał? Wtedy, czy teraz? Nalęży wskazać w tym miejscu na zasługi tegoż profesora, że owe „prywatne poglądy” stały się owocem pracy wydawniczej IPN z tłumaczeniem na niemiecki, a wyniki śledztwa prowadzonego przez sędzię Marię Trzcińską w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce już takiego wyróżnienia nie doczekały się (3).

Prof. Żaryn prosi w swojej wypowiedzi o dowody naukowe, że KL Warschau to nie tylko Gęsiówka. Proszę bardzo – przytaczam kilka za sędzią Marią Trzcińską i numeruję specjalnie dla profesra, aby utrwaliło mu się, że jest ich więcej niż jeden. Istotne jest to o tyle, że cytowane przez niego na spotkaniu w Centrum Edukacyjnym Powiśle: „wiem, że nic nie wiem” – rozsławiło wprawdzie pewnego filozofa lecz z profesora może uczynić kretyna.

Dowód nr 1: Jeżeli zeznania członka załogi KL W - Michaela Fleischera z SS przed Komisją Amerykańską w Dachau, że KL Warschał jednorazowo mieścił 35-40 tys. Więźniów, a Gęsiówka razem z Pawiakiem mogła pomieścić zaledwie 12 tys. - to znaczy, że istniały w Warszawie inne lagry niż Gęsiówka. Liczbę 40 tys. Potwierdza sprawozdanie wywiadu Armii Podziemnej do Polskiego Rządu w Londynie.

Dowodem nr 2 jest Mapa Rudolfa Hoessa, na której niemiecki oprawca oznaczył KL Warschau trzema krzyżami i trzema trójkątami co oznacza, zgodnie z legendą na tej mapie, że był to Vernichtungslager - obóz natychmiastowej zagłady - a ilość trójkątów odpowiada liczbie ilości lagrów (oprócz Gęsiówki istniały zatem jeszcze dwa lagry – na Kole i Warszawie Zachodniej). (4)

Dowodem nr 3 jest rozkaz Himmlera z dn. 09. 10. 1942 r. - nakazujący zgrupowanie żydowskich pracowników zbrojeniówki cyt: „ w najbliżej znajdujących się obozach koncentracyjnych, tzn. w Warszawie, Lublinie”. A ponieważ w tym czasie „Gęsiówki jeszcze nie było, a więc musiały tam istnieć inne lagry. (4)

O starym i nowym kompleksie można się również dowiedzieć z pism Centrali w Ludwigsburgu do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce z 1973 r., a więc jeszcze przed rozpoczęciem polskiego śledztwa.

Dowodem nr 4 jest rozkaz Himmlera z dn. 16. 02. 1943 r, który mówi: „Ze względów bezpieczeństwa zarządzam, aby Getto Warszawskie, po przeniesieniu tu Obozu Koncentracyjnego, zostało zburzone.” A więc Obóz musiał istnieć poza „Gęsiówką”, bowiem nie mogło być mowy o przenoszeniu czegoś czego nie było (4).

Dowódem nr 5 – bardzo wymownym – jest sprawozdanie sekretarza Komisji dla Zbadania Zbrodni Niemieckich w Warszawie z dn. 20.07.1945 r. – Bronisława Świderskiego cyt: „teren Gęsiówki stanowił jeden z kilku obozów zagłady znajdujących się w Warszawie.” Naturalnie sekretarz nie miał wtedy wiedzy, że nie były to osobne obozy zagłady, lecz lagry tegoż samego obozu KL Warschau. Ze wzgędu na datę – zaraz po wojnie i stanowisko świadka, owe zeznanie pełni rangę dowodu żelaznego. Potwierdzają je także zeznania późniejsze, których ze względu na ilość już nie przytaczam.

Dowodem 6 może być zachowany z obozu dokument niemiecki zawierający grafik dyżurów na miesiąc lipiec 1944 r. dla komanda elektryków w celu wzmożonego sterowania prądu nocą w lagrze I i w lagrze II.

II

Odnośnie stwierdzenia prof. Żaryna: „nie gazowano w KL Warschau” - przypomnę na wstępie, że pomimo tego, że dotąd nie przeprowadzono w IPN kwerendy pod kątem KLW - jest na ten temat dużo zdobyczy przypadkowych, a w tym kilka meldunków Armii Podziemnej i to zarówno o budowie jak i funkcjonowaniu komór gazowych – wymienianych w liczbie mnogiej, jak również meldunek o zagazowanych 250 zwłokach kobiecych - rozładowanych do spalenia na terenie „Gęsiówki”. Tak duża liczba jednorazowa zwłok wskazuje na istnienie bardzo dużej komory. Taki warunek spełniał tunel Warszawy Zachodniej. Są wreszcie zeznania świadków – nieliczne wprawdzie – ale skąd mogli wiedzieć potencjalni świadkowie o śledztwie prowadzonym przez sędzię Trzcińską - wbrew decydentom – śledztwie niechcianym, przerywanym i toczącym się w tajemnicy przed społeczeństwem?

Monstrualne komory były w tunelu Warszawy Zachodniej, niewielkie natomiast w „Gęsiówce” - gdzie znaleziono po wojnie duże ilości „Cyklonu B”. Stosowano również samochodowe komory przewoźne – potwierdzone poprzez wstrząsające zeznania świadków żydowskich, którzy byli wykorzystywani do sprzątania owych niemieckich cudów techniki motoryzacyjnej. Tak się składa, że właśnie Żydzi pełnili w tym obozie różne funkcje pomocnicze – takie jak chociażby spalanie zwłok przez komando żydowskie. Używanie tu Żydów miało za zadanie ukrycie przed Polakami – jakże skuteczne - zbrodni w Obozie Zagłady dla Polaków i jej rozmiar. Wspomnieć tu trzeba znamienny rozkaz Wilhelma Koppego z 20.07.1944 r. dotyczący ekstreminacji Polaków - likwidowanego wtedy obozu śmierci cyt: „w żadnym wypadku nie można dopuścić do tego, aby więźniowie nie Żydzi byli uwolnieni, lub żywi wpadli w ręce wrogów, ruchu oporu lub Armii Czerwonej" (5). Tak też się stało.

Po latach trzeba Niemców cynicznie pochwalić za przebiegłość, skuteczność i spryt – już to i dzisiejszy – zważywszy, że polscy prokuratorzy wysyłają im zupełnie bezkarnie polskie archiwa niemieckich zbrodni wojennych. Owi prokuratorzy dopuszczają przy tym do przestępczej likwidacji urządzeń komór gazowych, co do których toczy się formalnie wciąż trwające śledztwo, a przed ich likwidacją nie dokonują nawet dodatkowych specjalistyczno – ekspercko – technicznych badań.

„Pochwalić” można owych prokuratorów za lojalność dla naszej tzw. „żydokomuny”, która ową „Gęsiówkę” zagospodarowała na 10 lat po wojnie - dla polskich patriotów – o czym prokuratura w mediach, nawet bąka nie puściła, a powinna jednak powiadomić o wynikach trwającego już ćwierć wieku śledztwa nad tym obozem. Śledztwa domniemanego, bo ja nie wiem czy prokuratura - wywodząca się z prawniczej kasty owej „żydokomuny” - w ogóle zawracała sobie głowę tak „zasmarkaną” sprawą jaką było cierpienie polskie. „Resortowe” dzieci zawiniły w tworzeniu białych plam w tym temacie, czy może już „resortowe” wnuczęta?

Trzeba zwrócić uwagę, że powojenny obóz na terenie byłej „Gęsiówki” istniał kilka razy dłużej niż obóz KL Warschau, a mimo to nic o nim nie wiemy. Nie wiemy, czy nie gazowano nadal w tym obozie ludzi po wojnie i kto był tam katem, kto ofiarą i czy kaci żyją? A może właśnie na ich wymarcie czekano, bo skąd owe ćwierć wieku urojonego prze ze mnie śledztwa, śledztwa, które nie ujawniło ofiar? Porównajmy skuteczność owego śledztwa ze skutecznością śledztwa sędzi Marii Trzcińskiej nad niemieckim obozem zagłady, a przy tym postawmy pytanie; dlaczego Michnik - mogący mieć wiadomości o tym obozie powojennym z pierwszej ręki od swego brata – nie napisał o tym na „Ga Ge” ani słowa?

III

Trąby jerychońskie na „Ga Ge”, „Rzeczpospolitej”, „Onet”, „Presreader” – trąbią w to miejsce, o dokonaniu wielkiego odkrycia przez historyka (nieprawda), pracownika IPN (nieprawda) i specjalisty od zdjęć lotniczych (nieprawda) - Z. Walkowskiego, że komin w krematorium KL Warschau miał wysokość 15 m i że w końcu wiadomo, że nie było ani komór gazowych, ani innych lagrów niż „Gęsiówka”, ani tylu ofiar co sędzia Trzcińska naliczyła. A już na pewno, że polskich ofiar nie było więcej niż żydowskich. W nowej – starej hucpie udział wzięło „Prosto z mostu”, „Polonia Christiana”, a „Niezłomni” nawet prof. Kopkę do uwiarygodnienia hucpy dołączyli. Naturalnie o sędzi nigdy w życiu na swoim portalu nie wspominali. Czyżby nie była już tak „niezłomna” jak Walkowski czy Kopka? Nawiasem, jak będą robić zbiórkę na piękne cele, niech najpierw rozliczą poprzednie, bo w tej redakcji śmierdzi.

Panu Walkowskiemu – dorobiono legendę zaslużonego varsavianisty piórem historyka z ograniczoną odpowiedzialnością - Kunerta i zorganizowano konferencję prasową w Archiwum Akt Nowych, gdzie zaprezentował swoje i nie swoje „ustalenia” w sprawie KL Warschau - tak jakby był rzecznikiem prasowym – nie wiadomo czyim. Ów „badacz” zbrodni niemieckich nad Polakami jest wyraźnie badaczem „na nie” i stąd jego wybiórczość w doborze samolotowych fotografii. Przemilcza zatem drugi lager w Warszawie Zachodniej – doskonale na zdjęciach widoczny, jak też nieznane dotąd – zupełnie nowe fotografie prezentowane w książce prof. Bojarskiego - dotyczące lagru na Kole. W zamian wałkuje sprawę drewnianego Koła – tak jakby nie była ona wyjaśniona dostatecznie przez sędzię w jej drugiej książce, że baraki obozowe na kole były dwa razy dłuższe niż baraki na Księcia Janusza i że obozowe były dalej...

Mówienie w prasie o setkach zdjęć lotniczych, na których nie widać śladu bań gazotwórczych jest kłamstwem propagandowym, bo tylko na jednym właściwie - można ze względu na techniczną jakość dopatrywać się owych szczegółów. Ogłoszony brak ich na zdjęciu nie jest fizycznym brakiem, lecz skutkiem skrycia owych bań w nasypiskach żwiru, co ustalili specjaliści odczytu zdjęcia (11). Owe usypiska widoczne są również na zdjęciu tego terenu sfotografowanego z ziemi – znajdującym się w Muzeum Kolejnictwa. Warto tu jeszcze wtrącić, że biuro geodezyjne dysponowało planem inwentaryzacyjnym terenu tunelu, na którym istniała nieznanego pochodzenia i przeznaczenia instalacja podziemna ze studzienkami. Niestety nikogo nie interesujaca, a postulaty sędzi, że teren Warszawy Zachodniej i Koła powinny objąć badania archeologiczne nie zyskały nigdy akceptacji. Nie uzyskały również akceptacji postulaty Janusza Kurtyki - przebadania w ten sposób terenu przeznaczonego pod Muzeum Żydowskie.

Walkowski dla zaprzeczenia istnienia komór gazowych udowadnia, że tunel był przejezdny za okupacji. Problem tylko w tym, że dokonuje tego na zdjęciach datowanych na czas, kiedy obóz KL Warschau już nie funkcjonował. I tak pierwsze zdjęcie opatrzone jest datą przekraczającą jeden miesiąc, a drugie aż kilka miesięcy po ewakuacji obozu i nawet jeśli tunel był wcześniej zasypany z jednej strony, to mógł być już w tym czasie udrożniony. Pośród badaczy odnośnie przejezdności są różne koncepcje i kwestia ta nie ma żadnego wpływu na meritum sprawy czy były tam komory.

Na innym ze zdjęć lotniczych - dotyczących ulicy Skalmierzyckiej – Walkowski zaprzecza isnieniu śladów lagru. Tymczasem fotografia została wykonana rok po likwidacji obozu, a więc baraki mogły być już rozebrane bo władze niszczyły ślady polskiej martyrologii. Nawet krematoria likwidowano. Baraki równie dobrze mogły być zlikwidowane przez Niemców, bo zwracały uwagę na komory gazowe. Na zdjęciu są jednak widoczne ślady ogrodzenia. Ogrodzenia czegoś co tutaj było...

Walkowski w zaprzeczaniu jest niezłomny. Zaprzecza - a jakże - również na podstawie zdjęcia, że tunel Warszawy Zachodniej nie był zasklepiony przed wojną betonem. Odsyłam go zatem do niemieckiego opisu obiektów strategicznych Warszawy, a w tym owego tunelu.

IV

Wielce propagandowym argumentem jego, jest dokument stwierdzający wykonanie silników do projektu Bortnowskiego, wykorzystującym urządzenia gazotwórcze komór gazowych do celów wentylacyjnych (12). Zakładam, że może być nawet prawdziwy, lecz nie stanowi znowu żadnego dowodu przeciwko komorom - z powou, że silniki wraz z łopatkami wentylatorów stanowią zawsze element wymienny armatury przewodów (rur) wentylacyjnych. Żeby było śmieszniej zacytuję na ten temat zeznanie Bortnowskiego z 5. 04. 2004 r. odebrane przez prok. L. Kochanowskiego cyt: „Wentylatory te (zaprojektowane przez niego WK) nie zostały w tej komorze w ogóle zamontowane i nie wiem z jakich przyczyn tego nie dokonano. W każdym razie wspominam o nich dlatego, że sędzia Maria Trzcińska (...) sugerowała mi ich istnienie już w czasie okupacji niemieckiej...”

Próby wykorzystania istniejących urządzeń poniemieckich do wentylacji w latach 70-tych miały miejsce o czym świadczy projekt adaptacyjny Bortnowskiego – niezależnie od tego czy silniki wymieniono i czy pracowały kiedykolwiek, bo oświadczenie PKP i Dyrekcji Dróg i Mostów kategorycznie zaprzecza temu. Natomiast projekt taki nie jest możliwy jako projekt nowej inwestycji wentylacyjnej z powodu, że jest absurdalny z następujących powodów. Mówię to jako inżynier elektryk i niejako kolega Bortnowskiego, bo pracujący w tamtych czasch w Biurze Projektów Kolejowych – tyle że w Lublinie. W takich projektach stosowano rozwiązania typowe. W przypadku wentylacji tunelu - zwyczajne otwory w sklepieniu z wentylatorami. Załóżmy, że jakiś idiota zaprojektowałby tak skomplikowane koromysło z niepotrzebnie hermetycznymi - a wręcz niedopuszczalnymi przy wentylacji drzwiczkami - bo zamknięcie ich powodowaloby cięższą pracę, przegrzewanie silników i niszczenie izolacji uzwojeń nawet poprzez spalanie. Taki projekt jako projekt nowej inwestycji, jakby nawet powstał - to nie uzyskałby uzgodnień międzybranżowych, bo choćby drogowcy wysłaliby projektanta do psychiatry, gdyby chciał im zająć miejsce sąsiedniego pasa dla pieszych, a przecież owa monstrualna maszynownia likwidowała zupełnie przepustowość tunelu dla pieszych. Tutaj Walkowski „ujawnia”, że projekt był dwuetapowy – perspektywiczny, że wybudowano banie i szyby, a wykorzystano jedynie szyby – pozostawiając banie do wykorzystania perspektywicznego (sic!) Zdaję się, że drogowcy wysłaliby projektanta od razu na oddział zamknięty w Tworkach, bowiem etapowo projektuje się duże inwestycje o zmieniających się parametrach w czasie.

A teraz uwaga! Czy projektant wybiegał rzeczywiście w przyszłość – czy może w przeszłość wojenną, bo w żaden sposób nie potrafił wyjaśnić sędzi Trzcińskiej przeznaczenia niektórych fragmentów projektu. Nie wiedział po co zaprojektował misy gazotwórcze ze specjalnymi otworkami w owych baniach i przeróżne dodatkowe obwody, które jeszcze przed wykorzystaniem perspektywicznym owych bań zostały jednak usunięte, a otwory po nich prowizorycznie zaślepione blachami. Istnieje na ten temat dokumentacja fotograficzna - wykonana przez eksperta Zakładu Kryminalistyki MSW ze śledztwa sędzi Trzcińskiej.

Nie dość, że inż. Bortnowski nie potrafił uzasadnić podczas śledztwa sędzi Trzcińskięj celowości i sensu owych mis - absurdalnych przy wentylacji, to już w śledztwie prok. Kochanowskiego - takich kwestii wyjaśniać nie musiał. Dlaczegóż to prokurator nie zapytał Bortnowskiego o funkcję tych detali i nie posadził go w razie amnezji dla odświerzenia pamięci za kratki, albo za fałszywe zeznania, albo za to, że zaprojektował urządzenie ludobójcze do gazowania ludzi? Pan Bortnowski zdaje się jeszcze żyje, więc jeszcze nie jest za późno...

Nawiasem to i pan Walkowski w prezentowanym materiale w Archiwum Akt Nowych zawarł niechcący dowody przeciwko Bortnowskiemu. Cytuję z projektu: „Komora wentylacyjna została zlokalizowana na międzytorzu 2S-2Ł jako budowa podziemna po stronie przewidywanego tunelu pieszego” (13 ). Jak widać, wiedział o przewidywanym tunelu, a więc nie mógł projektować w tym samym miejscu maszynowni likwidującej przepustowość jego.

I drugi cytat z tego projektu – przesądzający już, że urządzenia nie powstały w skutek projektu jako urządzenia nowe, lecz adoptowane już istniejące cyt: „Wyrzutnie powietrza zlokalizowano na międzytorzach i wykonane będą z lekkich słupków stalowych – osłoniętych siatką ogrodzeniową, przykrytych lekkim daszkiem”. Takie wykonanie miałoby sens techniczny przy wentylacji, tylko że nie zostało nigdy zrealizowane, bo pozostawiono już istniejące budowle z cegły zadaszonej cementem i z hermetycznymi – nonsensownymi przy wentylacji drzwiczkami do zamykania. Istnieje przy tym dokumentacja fotograficzna Zakładu Kryminalistyki ze śledztwa sędzi Trzcińskiej - ukazujaca reperacje murarskie owych urzadzeń. A więc stan faktyczny – wykonanie - był inny niż w projekcie. W dodatku reperacje wskazywały, że nie była to nowowybudowana konstrukcja, lecz stara poniemiecka – wyremontowana i adoptowana do innego przeznaczenia, bowiem od projektu Bortnowskiego do badania tych urządzeń przez biegłych w śledztwie sędzi minęło zaledwie 15 lat i obiekt gdyby był nowym - nie wymagałby przeprowadzonych reperacji.

W śledztwie sędzi Trzcińskiej zespół biegłych z dr P. Kijkowskim – specjalistą od cieczy i gazów nie konsultował zapewne silników wentylatorów z ekspertem do spraw elektrycznych, a nie stwierdzając śladów wymiany, uznał je za poniemieckie. Przeszacowano przy tym ich moc według mojej oceny - dokonanej po oględzinach prasowych zdjęć 2 silników zdemontowanych przy rozbiórce komór gazowych. Naturalnie przy założeniu, że nie zostały one podmienione, bo nadzoru prokuratorskiego nad rozbiórką nie było, a w to miejsce skwapliwie pilnowano, żeby Komitet Upamiętnienia KL Warschau nie zdobył demontowanych urzadzeń – z wyjątkiem owych 2 silników, których tak szczęśliwie znaleziono później producenta. Ewentualne przeszacowanie zgłosiłem sędzi – informując przy tym, że wymiana wentylatorów nie pozostawia praktycznie żadnych śladów, bo do istniejącej armatury można dobierać i przykręcać śrubami silniki z łopatkami o różnych parametrach w zależności od potrzeby. Cała – jeśli ją tak nazwać - afera z silnikami, podobnie jak przejezdność komory gazowniczej - nie stanowi merytorycznych podstaw dla zaprzeczenia wykorzystywania jej do celów ekstreminacyjnych przez Niemców.

Podkreślę tu jeszcze raz, że wszelkie „niedociągnięcia” wynikają ze specyficznych warunków niechcianego i prowadzonego w tajemnicy przed decydentami, a zatem i w tajemnicy przed opinią społeczną – śledztwa. Śledztwa, które Sędzia Niezłomna doprowadziła jednak do końca i na jego ołtarzu poległa. Bóg z nią. Gdyby nie ona to ani Polacy ani Żydzi nie wiedzieliby nic nawet o Gęsiówce. Tymczasem nagrody, wyróżnienia, tytuły zebrał Kopka. Kustoszem Pamięci Narodowej została osoba, przyjęta niegdyś do Wytwórni Filmów Fabularnych, będących oczkiem w głowie propagandy w czasach stalinowskich - właśnie w stalinowskich czasach - nie wiadomo za czyje zasługi. Tymczasem na próżno zabiegaliśmy w IPN z prof. M. Chrech-Modelską o takie wyróżnienie pośmiertne dla sędzi Trzcinskiej. Próżno też zabiegałem - osobiście wręczając list pierwszej damie – o wyróżnienie Sędzi orderem przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego - w zamyśle jako wspieranie przez niego obiecanego pomnika KL Warschau. Na próżno – w odróżnieniu od pana Z. Walkowskiego, takiego wyróżnienia nie otrzymała.

Komu chała, komu wała, komu SSmańska cześć? Przysłowiowe sukin syny to właśnie dzisiejsza SS! Prawda jak się literki zgadzają? Prof. J. Żaryn razem z Robertem Walkowskim jest członkiem klubu „Polska Jest Najważniejsza”. Występują np. wspólnie z ks. Majem pod Pomnikiem Męczenników Terroru Komunistecznego - gdzie Walkowski reżyseruje nawet owe patriotyczne uroczystości (15). Tak wygląda garnitur. Podszewka do niego jest na facebooku, gdzie wykpiwa zawołanie młodzieży „chwała bohaterom”. Natomiast w polskim „Bóg, Honor, Ojczyzna” - dopuszcza się nawet wyszydzającego bluźnierstwa - zastępując słowo „Bóg” wyrazem znaczącym drzewo – „buk” Podobnie kpiarsko postępuje z Honorem i Ojczyzną...

Wracając do prof. Żaryna to trudno uwierzyć, że ów historyk, czy może polityk – nie będę rozstrzygać – ma także kłopoty z wynikami śledztwa prokuratora Andrzeja Witkowskiego w sprawie mordu na ks. Jerzym. Odrzuca je w ciemno – nawet ich nie znając detali - bo śledztwo udaremiono przecież. Nie dopuszcza innej wersji zdarzeń, niż obowiązujacej do dzisiaj wersji Kiszczaka. Profesor wierzy przy tym w niewinność kierowcy księdza - stając jednocześnie w jego obronie (15). Co łączy te dwa - jakże różne śledztwa i kogo profesor dyspozycyjny wspomaga?



1. https://www.youtube.com/watch?v=-9j-1aJOoFo godz: 2.13

2. http://wojciechkozlowski.blogspot.ca/search?updated-max=2009-03-17T22:26:00-07:00&max-results=1

3. http://wojciechkozlowski.blogspot.ca/2012/01/prof.html

4. http://kl-warschau.blogspot.ca/search?updated-max=2009-02-18T19:56:00-08:00&max-results=1

5. http://kl-warschau.blogspot.ca/search?updated-max=2009-03-02T12:35:00-08:00&max-results=1

6. http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,21625736,dosc-juz-bredni-o-kl-warschau-komentarz-urzykowskiego.html?disableRedirects=true

7. http://tustolica.pl/ofiar-nie-bylo-pomniki-sa-absurd-na-woli_75169

8. http://warszawa.onet.pl/historyk-podczas-ii-wojny-obok-dworca-zachodniego-nie-bylo-komory-gazowej/52d1fx3

9. http://prostozmostu.pl/sensacyjne-ustalenia-historyka-ipn-twierdzi-ze-na-terenie-obozu-nie-bylo-komor-gazowych,6028.html

10. http://niezlomni.com/sa-nowe-fakty-sprawie-niemieckiego-obozu-kl-warschau-zmniejsza-rozmiarow-zbrodni-zginelo-nim-tysiecy-ludzi-foto/

11. http://kl-warschau.blogspot.ca/search?updated-max=2016-02-02T22:20:00-08:00&max-results=1

12. http://www.aan.gov.pl/art,266,12-kwietnia-2017 (zdjęcie 13/17)

13. http://www.aan.gov.pl/art,266,12-kwietnia-2017 (zdjęcie 11/17)

14. http://wpolityce.pl/polityka/187004-uroczystosci-przy-pomniku-meczennikow-terroru-komunistycznego-1944-1956-mlodziez-obecna-pod-pomnikiem-jest-gwarancja-zachowania-pamieci-zdjecia



15. http://kolaska.salon24.pl/739195,zbrodnia-na-ksiedzu-jerzym-czyli-w-co-nie-wierzy-prof-jan-zaryn

wtorek, 2 lutego 2016

Ślady KL Warschau w zapiskach Adama Chętnika


Na rynku księgarskim ukazały się „Wspomnienia z lat okupacji” Adama Chętnika – wydanie  Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego w Warszawie – Wszechnica Świętokrzyska w Kielcach (Warszawa – Kielce 2014).   Książka zawiera niepublikowane dotychczas zapiski autora: „Pod niemiecko-hitlerowskim obuchem 1940-1944” - będące do tej pory w tajnym depozycie Biblioteki Narodowej.  Drugą część książki stanowi dziennik tegoż autora: „Powstanie sierpniowe w Warszawie”.

Pod latarnią najciemniej

Cytuję: „Aresztowania trwają od kilku lat bez przerwy.  Odbywają się przeważnie w nocy, w godzinach policyjnie zabronionych cywilom.  Gestapo zajeżdża pod upatrzony dom karetką samochodową lub większą budą, gdy idzie o większą liczbę osób. /.../ Aresztowani dawniej (przed paru laty) siedzieli dłuższy czas w więzieniu na Pawiaku, zanim zostali odesłani gdzieś do obozu lub na stracenie.  Większość dostawała się do obozów „śmierci”, gdzie męczyła się dłużej lub krócej.  Skazanych na śmierć rozstrzeliwano gdzieś poza miastem, w lesie, zaroślach, itp., /.../  Od jesieni 1943 r. zaczęły się masowe rozstrzeliwania po ulicach i placach.  Odbywało się to zaraz po zamachach na Niemców – szczególnie policjantów lub urzędników.  Za jednego zabitego Niemca tracono według przepisów najmniej 10 Polaków, tracono jednak napewno więcej. /.../  Skazani byli obdarci ze swego cywilnego ubrania, a mieli na sobie jakieś łachmany, lub potem ubranie papierowe, byli przy tym przeważnie boso w śnieg czy mróz.  /.../  Strzelano tak po 20, 50, a nawet po 200 jednego dnia.  Zabitych zabierano na samochody ciężarowe i wieziono – jak twierdzą – do Getta (żydowskiego), gdzie wszystkie ciała spalano w specjalnych krematoriach.  W ten sposób zacierano ślady mordów, mężczyzn, chłopców nieletnich, kobiety, a nawet młode dziewczęta – uczennice szkolne, za znane tylko oprawcom „przewinienia”.  Po rozstrzelanych pozostawały znaki widoczne – dziury i szczerby od kul w murach, a na ziemi ciepła krew męczenników.  Ślady krwi i znaków w murach Niemcy starali się zacierać,” (119)

Nie pada tu nazwa obozu KL Warschau, ale ślady tego obozu są tutaj widoczne.  Przede wszystkim jest tu wymieniony Pawiak - więzienie śledcze, przez które przechodzili Polacy rozpracowywani, a więc ci od których Niemcy poprzez tortury - spodziewali się uzyskać informacje dotyczące polskiej ludności i jej organizacji konspiracyjnych.  Pawiak był wykorzystywany przez Niemców już od 1939 r, a rozkazem Himlera z 11.06.1943 r. został włączony do kompleksu KL Warschau – stając się jego integralną częścią.  Był również wraz z KL Warschau pod jedną wspólną komendaturą SS i policji w Warszawie.  Widzimy też, że reguła tracenia 10 Polaków za jednego Niemca, była regułą dobrze warszawiakom znaną.  Chętnik pisze też o listach zakładników, które to Niemcy ogłaszali chcąc powstrzymać opór i ducha walki Polaków, jednak zaprzecza by ludność z tych list odzyskiwała wolność.

Tak jak sama nazwa KL Warschau nie była znana – zwłaszcza, że jego funkcja była tajna i jego Lagry mogły być mylone z istniejącymi tu obozami pracy - jednak istniała wiedza ogólna o wtrącaniu ich „gdzieś do obozów śmierci”.  Nie mogły jednak nie zostać zauważone krematoria o których Chętnik pisze. Wymienione przez niego krematoria na terenie getta, funkcjonowały w Lagrze zwanym Gęsiówką – nie wymienionym jednak przez niego z nazwy, pomimo, że musiała być wiedza o istnieniu tego Lagru.  Widać stąd, że w czasie okupacji nie było w Warszawie wiedzy o funkcjonowaniu KL Warschau i jego ekstreminacyjnym charakterze. 

„Polaków mordowano nie tylko za zabitych Niemców lecz także za: „Ukraińców, volksdeutschów, /.../ Były plakaty co zawierały od razu po 200 i więcej imion. Jednocześnie podawano miejsce i datę urodzenia skazańca.  Z nazwisk tych i dat wiedzieliśmy, że ginęli wszystko ludzie nasi – Polacy i przeważnie młodzi chłopcy, w wieku lat 18 – 20.  Tych najpotrzebniejszych nam chłopców tępiono bezlitośnie.” (120)

Kilka stron dalej Chętnik znowu pisze o aresztowaniach:

„Aresztowania prowadzone są również bezlitośnie. /.../  Co się z aresztowanymi staje – nie wiadomo, twierdzą tylko niektórzy, że z mieszkań rozkradzionych i zdemolowanych aresztowani wywożeni są tylko na śmierć.  Rozstrzeliwania obecnie (przez m. Kwiecień) odbywały się już nie na ulicach, ale podobno w Getcie.  W dzień najwięcej aresztowań dokonują specjalne pogotowia policyjno-żardamskie; są to lotne oddziały, uzbrojone przeważnie w broń maszynową (tzw. rozpylacze) krótszą i długą z zapasami granatów.  Takich żandarmów i policjantów jeździ nieraz po kilkudziesięciu w wygodnych samochodach turystycznych, a na przedzie samochód mniejszy, z kilku żandarmami, z bronią gotową do strzału, a na przedzie (tuż za szoferem) gestapowiec z ciężkim karabinem maszynowym, nastawionym na ulicę.  Po jakimś zamachu, z samochodu takiego rozpoczyna się strzelanina wprost do przechodniów,  ulice nieraz są zamykane, zabiera się ludzi gromadnie z tramwajów itp.  Znalezione przy pasażerach rzeczy niedozwolone są powodem do dalszych rewizji i aresztowań po domach i do nowych rozsrzeliwań.  Mówią, że ginie ludzi naszych daleko więcej, niż to wskazywały listy drukowane.” (121)

Tak jak w poprzednim cytacie egzekucje uliczne miały związek z KL Warschau - głównie poprzez spalanie zwłok w krematoriach KL Warschau - tak tutaj widać już większy związek, a więc egzekucje blisko krematoriów na terenie getta.  Chętnik pisze też o wysadzaniu ruin w byłym getcie.  Z zeznań świadków w śledztwie sędzi Trzcińskiej wiadomo, że jedną z metod pozbywania się zwłok  było ich spalanie w ruinach na stosach i zacieranie śladów poprzez wybuchy.   Czyniono tak, gdyż Krematoria KL Warschau o przepustowości 200 ciał na dobę nie były wystarczające do faktycznych potrzeb niemieckich.

„Łapanki uliczne upokorzające nas jako naród i ohydne w swoim wykonaniu, odbywają się całe lata bez przerwy.  Największe w swych rozmiarach były zimą w m. Styczniu (?) r. 1943 (?).  [tak w oryginale (*1)]  Cała masa oddziałów żardarmerii rozstawionej w mieście, na rogatkach, placach, na przystankach tramwajowych itp., zatrzymywało przechodniów, szczególnie męższczyzn i masę różnej młodzieży i nie badając wcale lub tylko powierzchownie, zabierano do oczekujących bud samochodowych, ładowano do pociągów i wywożono, wprost do obozów śmierci, a przede wszystkim do Majdanka.”  (122)

Tutaj Chętnik uściślił okres ekstreminacji narodu polskiego na terenie stolicy Polski - „całe lata bez przerwy” i podobnie w następnym cytacie: „stale i zawsze”.  Jako transport podane już są pociągi - świadczące o masowym wymiarze tych zbrodni.  Trzeba pamiętać, że wszystkie lagry KL Warschau były spięte torami i podłączone do sieci kolejowej.  Ile tych transportów trafiło do KL Warschau nie wiadomo.  Koresponduje to z ustaleniami sędzi Trzcińskiej ze śledztwa o transportach niewiadomych – tzw. pociągach widmach.

„Łapanki miały na celu albo wywożenie przymusowe młodzieży do Niemiec na roboty, albo wywożenie do „obozów śmierci” ludzi im niewygodnych (np. inteligentów zawodowych, uczonych, b. Wojskowych itp.) albo wprost terroryzowanie ludności polskiej.  Takie czy inne łapanki są stale i zawsze.  Niekiedy biorą sprzed kościołów, ze stacji kolejowych, z tramwajów, lub zamykają place miejskie, mosty i zatrzymują przechodniów, następuje rewizja osobista, sprawdzanie dokumentów i ostatecznie znaczna liczba przechodniów wywieziona jest w budach do więzień i obozów.  Niekiedy są łapanki tylko kobiet, „ ( 123)

Widzimy, że eksterminacja Warszawy dotykała w pierwszej kolejności inteligencji – jako tkanki przywódczej Polaków (tzw. odgłowienie) - ale miała też charakter ogólnej biologicznej zagłady narodu zgodnie z niemieckim Lebensraum.

„Obławy na Polaków i Żydów odbywają się w nocy i dobrze z rana.  Otoczone są wtedy całe bloki domów lub poszczególne domy, a nawet części dzielnic.  Nie wolno wtedy poza kordon żardarmerii wejść ani wyjść.  W obławach bierze nieraz udział wojsko.  Przetrząsane są poddasza mieszkań, piwnice, odrywane podłogi.  Ginie wiele rzeczy kosztownych.  Przy najmniejszym śladzie tajnej literatury, broni, ubrań wojskowych itp., mieszkańcy są aresztowani (niekiedy całe rodziny i z wielu nieraz mieszkań) i wywożeni  nie wiadomo gdzie.  Mieszkania często demolowane.  Przy obławach mówią Niemcy, że szukają ukrytych Żydów, ale giną przede wszystkim nasi rodacy za byle co. /.../  W obławach a nawet rozstrzeliwaniach biorą często udział młodzi chłopcy niemieccy z Hitler-Jugend.”  (123-124)

Brakowało Polakom wiedzy na temat KL Warschau i miejsc ich wywózki: „wywożeni nie wiadomo gdzie”!  Przyczyną takiego stanu był terror wojenny i dezinformacja.  Nie wolno było się zbliżać nawet do terenów zakazanych przez Niemców, gdyż strzelano bez ostrzeżenia o czym informowały napisy (np. na ogrodzeniu Gęsiówki).  Komunikację w charakterze przekazu informacyjnego -  pełniła wyłącznie „poczta pantoflowa” – jakże utrudniona przy niewydolnej komunikacji miejskiej i godzinie policyjnej.  A nade wszystko ludzka koncentracja - pochłonięta być musiała głównie zachowaniem życia, a więc na unikaniu śmierci - czychającej na każdym niemal kroku i zdobycia środków do biologicznego przetrwania.

„Pewnego dnia zajechały budy z policją, tereny kąpielowe [nad Wisłą] okrążono i ludzi (przeważnie młodzież, obojga płci) na pół prawie nagich zapakowano do bud i wywieziono do Arbeitsamtów i  obozów pracy.” (156)

Miejsca publiczne stanowiły dla Niemców zawsze dogodny teren łowiecki.

„Jedna z takich zabaw zaraz po Wielkiej Nocy trwała zbyt długo – do rana, gdy przechodnie śpieszyli do pracy.  Niemcy uznali to za prowokację.  Zajechały przed wesoły dom budy, młodzież wraz z pannami zabrano do obozów, dozorcę i administratora również.” ( 156)

Dla uzasadnienia ludobójstwa, każdy pretekst był dobry.  Ktoś dzisiaj zapyta – to teraz modne - czy doszło by w ogóle do ludobójstwa w Warszawie, gdyby okupant nie „musiał” stosować reguły 10 za jednego Niemca?  I tu odpowiedzią niech będzie zagłada Żydów, którzy nie stawiali oporu a wręcz współpracowali z najeźdzcą.  Okupant zdobywał konsekwentnie przestrzeń życiową dla Niemców - zgodnie z Generalnym Planem Wschodnim (GPO), który zakładał likwidację lub wywiezienie na Sybir 80-85% Polaków.

Konsekwencją urbanistyczną GPO dla Warszawy był plan Pabsta - przewidujacy na jej miejscu, mały węzeł kolejowy.  Ów plan - z niemiecką skrupulatnością był realizowany, a odwet za zabijanych Niemców (przekraczający ilościowo według Chętnika regułę 10) miał pacyfikować jedynie opór przeciw realizacji tego planu.

W cytatach Chętnika występuje znany Polakom Majdanek, ale jest także wielkie przeczucie innego miejsca – bezradnie zwanego: „nie wiadomo gdzie”.  No cóż - pod latarnią najciemniej - wyniki śledztwa sędzi Trzcińskiej dają odpowiedź na wszystkie wątpliwości Chętnika.  Warszawa była jedyną stolicą - w okupowanych przez Niemców państwach - w której istniał w jej centrum obóz zagłady KL Warschau.

Ślady Lagru na Kole?

„Na Bielanach na Zielone Świątki, gwarno i rojnie, tylko statki zamiast do Bielan, dowoziły (1941 r.) ludność do Młocin, a stamtąd ludzie wracali pieszo do Bielan.  W Bielanach, tuż pod kościołem pełno żołnierzy i samochodów niemieckich, a w pobliskim lesie namioty, szopy i składy wojskowe.” (65)

Szopy są tu w znaczeniu baraków.  Chętnik jako Kurp użył tu słowa regionalnego.  Nie był też rodowitym Warszawiakiem i z pewnością nie rozgraniczał lasku na Kole, który jest w zasadzie przedłużeniem lasku bielańskiego.  Dla niego musiał to być jeden las, a „składy wojskowe” nasuwają przypuszczenie, że chodziło mu o fort Bema.  Z kolei zestawienie baraków ze składami wojskowymi korespondują z Lagrem na Kole, który powstał najwcześniej z Lagrów KL Warschau - z przeznaczeniem pierwotnym dla jeńców.

O budowie baraków w lasku na Kole (w śledztwie sędzi Trzcińskiej) mówi świadek Adam Jagielski: „widziałem w lasku rozpoczętą  budowlę już na poczatku 1940 r.  Po dwóch miesiącach widziałem, że pobudowano baraki.” (*4)

Czyż to te same baraki o których Chętnik pisze w 1941 r?  Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że tak.

W sprawie lasku na Kole wyrastaja jak grzyby po deszczu „harcerze”, którzy w lasku ćwiczyli.  Jeden z nich miał tam nawet „nocne strzelanie”. (*5)

Trudno sobie to wyobrazić w wojennej Warszawie, po godzinie policyjnej w nocy, kiedy głos jest szczególnie słyszalny.  Ćwiczebne strzelanie dla harcerzy w czasach gdy żołnierze podziemia nie zawsze byli dobrze uzbrojeni i musieli oszczędzać na amunicji nie były dotąd znane.  Chyba, że był to harcerz z Hitler-Jugend. 

Ze śledztwa sędzi Trzcinskiej wiadomo, że część lasku była ogólnodostępna, jednak w pobliżu było i Gestapo i pacówka Wehrmachtu i Hitler-Jugend - skupiająca dzieci volksdeutschów.  O ich zbrodniach wojennych wspomina Chętnik.  Część z volksdeutschów opuściła Warszawę jeszcze przed powstaniem, inni brali udział w powstaniu po stronie niemieckiej, później rabowaniu po kapitulacji Warszawy.  Wielu z nich pozostało na miejscu.

Przeludnienie okupowanej Warszawy w cytatach z Chętnika

„Życie w stolicy pomimo grozy wojennej, płynie wartko i gorączkowo.  Od rana do wieczora wszędzie rojno i tłok.  Milion mieszkańców, a mniejsza ilość domów i mieszkań robi swoje.” (151)

Tak pisał autor po likwidacji Getta w 1943 r, ale przeludnienie Warszawy pomimo jej strat wojennych dostrzega Chętnik podczas całego okresu okupowanej Warszawy, określąc przy tym przyczyny.

„Jak Warszawa z Krakowem na czele, tak zresztą całe Gubernatorstwo było w wojnę jedynym ośrodkiem polskości i przytuliskiem dla wszystkich wysiedleńców i uciekinierów z terenów polskich dalszych.  Do Warszawy uciekali Polacy prześladowani przez Bolszewików – z dalekich kresów i Małopolski Wschodniej, z Wileńszczyzny i Białostockiego.  Do Gubernatorstwa jechali Polacy wysiedleńcy przymusowi ze Śląska, Pomorza, Katowic, Gdyni, Poznańskiego i Kujaw, wreszcie nawet z Mławy, Pułtuska i Ostrołęki, gdzie Niemcy zaczęli wydziedziczać z ziemi i budynków naszych rodaków.  Ziemian wyrzucano najpierw, nie dając im czasu na spakowanie się i odbierając im cały dorobek; mieszkańcom Gdyni  itp. dawano na wyrządzenie się w drogę tyle czasu, by zabrać małe tobołki i po 20 zł na drogę. Podobnie było na Kujawach, Śląsku itp. /.../  Wysiedleńców przywożono pociągami w granice Gubernatorstwa” (33)

Chętnik sam był uciekinierem - ściganym przez Niemców jak i Bolszewików.  Nie miał szans na skuteczne ukrycie się w rodzinnym małym miasteczku, gdzie był znany i rozpoznawalny - w przeciwieństwie do rozpłynięcia się pod innym nazwiskiem wśród tłumu Warszawy.  Tu niejako pod niemiecką latarnią było najciemniej i takich osób (według szacunku Niemiec) było kilkadziesiąt tysięcy. 

„W skutek tych rugów, przesiedleń itp. Ludność w Gubernatorstwie zaczęła wzrastać niepomiernie, a Warszawa też była przepełniona – w r. 1942 liczono w stolicy do...milionów [tak w oryginale (*1)] ludności.  Ludność wysiedlona rozproszyła się do różnych krewnych i znajomych, zajęła się przemysłem, rzemiosłem lub handlem, radziła sobie jak mogła, by złe czasy przetrwać.  Niektóre rodziny przyjęte były przez miejscowych gospodarzy, światlejszych, o dobrym chrześcijańskim sercu” (34)

Innym powodem przepełnienia Warszawy było łatwiejsze niż gdzie indziej znalezienie pracy i nie chodzi tu wcale o niemiecki przemysł zbrojeniowy w którym Niemcy zresztą – nie będąc zadowoleni z polskiej pracy zaczęli ich zastępować Żydami, ale rzemiosło i handel – głównie nielegalny.  Zakazanego chleba było pod dostatkiem, aż „przyjezdni Niemcy nie mogą się nadziwić naszemu dobrobytowi” (151)  Nieuleczalnych, kalekich żebraków nie było, bo wykończyli ich „humanitarni” Niemcy, ale w to miejsce zdrowsi,  rozśpiewani – często po tramwajach i pełno dzieci - sprzedających dowcipy na Niemców - „A dla wszystkich wystarczy datków i jałmużny – nikt z głodu nie umiera.” (152)

„Pomocą doraźną dla ludności wysiedlonej, dla uciekinierów itp. zajmował się Polski Komitet Opiekuńczy (Rada Główna Opiekuńcza) powołana po zamknięciu przez Niemców Komitetu Samopomocy Społecznej.  Komitet rejestrował przybyłą ludność, utrzymywał dla niej domy noclegowe, sanitarne punkty żywnościowe itp., ułatwiał wyszukiwanie pracy, nabycia tańszego obuwia i ubrania itp.  W komitecie i jego oddziałach pracowali Polacy, była to jedyna instytucja polska, do której ludność wysiedleńcza mogła się zwrócić bezpośrednio o radę i pomoc.  Na czele stał (1942) hr. Ronikier.” (34)

„Mieszkań w Warszawie ubyło, a ludności przybyło, szczególnie spośród wysiedleńców i uciekinierów przyfrontowych.  Nasi właściciele mieszkań, niekiedy obszernych, nie bardzo się kwapili na nowych lokatorów.  Zarządzenie niemieckie z jesieni 1943 r. uprościło te sprawy.  Powiedziano, że w danym lokalu ma mieszkać nie mniej, lecz tyle i tyle osób, w przeciwnym razie władze mieszkaniowe same przyślą lokatorów, dla których brak mieszkań.  Było to o tyle niewygodne, że nieznajomy lokator mógł być Niemcem, Ukraińcem, szpiclem itp.  Właściciele lokali zaczęli teraz sami szukać lokatorów pośród znajomych, byle mieć odpowiedni kontyngent ludzi pewnych.” (155)

Przed samym Powstaniem Warszawskim napływ ludności do stolicy jeszcze się nasilił:

„Ludność z różnych stron ciągnęła do stolicy z cenniejszym mieniem.  Warszawa była przeludniona, pomimo że ubyło z niej wielu Niemców z policji i urzędów, wojsko też się wycofywało dalej na zachód” (169)

„Przed powstaniem pod Warszawą (od strony Pragi) grały działa sowieckie, a w górze walczyły ze sobą samoloty (niemieckie z rosyjskimi), po wybuchu powstania wszystko to ucichło.” (210)

I stało się: „Cała Warszawa w ogniu i piekle, a w nim milion ludzi oczekujacych wybawienia.” (214)

Polska transfuzja dla krwawiącej Warszawy

Ile razy liczba ofiar obozu KL Warschau pojawiała się na forach – zawsze jacyś „znawcy” zarzucali  sędzi Trzcińskiej zawyżenie tej liczby wskutek nieuwzględnienia naturalnych zgonów ludzkich.  Tymczasem powinien paść zarzut nieuwzględnienia wielkiej fali ludności napływowej.  Czynnik ten sprawia jednak trudność wszystkim badaczom - podejmującym próby szacowania strat ludzkich okupowanej Warszawy i ma konkretny wpływ na liczbę szacunku.  Dla przykładu - przy obliczaniu ofiar Powstania Warszawskiego - różni badacze jako liczbę wyjściową mieszkańców - przyjmują w rozdziale od 920 tys. do 1150 tys. (*3), a więc różnią się między sobą o 230 tys, co stanowi więcej niż przyjęta przez sędzię M. Trzcińską liczba ofiar obozu KL Warschau jako 200 tys.  Oznacza to, że szacunkowa liczba ofiar obozu jest mniejsza niż błąd badaczy w obliczeniach.  Ale czy przypadkiem ów błąd nie bierze się z pominięcia liczby ofiar KL Warschau?  Liczba na to wskazuje.

Warto tu zwrócić uwagę, że u Gettera - badacza z IPN (*3) – KL Warschau wcale nie występuje.  Trzeba też podkreślić, że nie uwzględnienie migracji do Warszawy zaniża straty ludzkie, gdyż przybysze zastępują niejako ludzi wymordowanych.  Śledząc ludność Warszawy w czasie wojennym - wzrasta liczba jej mieszkańców - krzywa na wykresie idzie do góry i w 1939 r. i w 1941 r. (*2) - pomimo dużych strat ludności w kampanii wrześniowej (rzędu 30 tys.) i dalszych represji.  Spada dopiero gwałtownie w 1943 – 1945 r.

Patrząc na wojenne zjawisko napływu ludności do Warszawy od strony martyrologicznego symbolu; przybysze stawali się warszawiakami, ale poprzez ich udział w ofiarach obozu KL Warschau - ofiarę tą ponosiła cała Polska i to w znaczeniu już to nie tylko symbolicznym - jak by wynikało to ze znaczenia stolicy jako symbolu polskiej państwowości.  Dla krwawiącej Warszawy przyjezdni Polacy byli transfuzją.
*   *   *

Napływ ludności w czasie wojennym do Warszawy sprzyjał niejako maskowaniu jej martyrologii, bowiem  krwawiąca stolica Polski była jak źródło, z którego im więcej oprawcy chłeptali, tym mocniej ono biło:

„Zaraz po egzekucji na miejscu kaźni zjawiały się kwiaty w wazonikach i płonące świece nieraz w większej ilości – poustawiane nieznaną ręką.  Jednocześnie gromadziła się ludność, niektórzy maczali chusteczki we krwi płynacej po chodnikach, a wszyscy przechodnie z uszanowaniem przed miejscem tym zdejmowali czapki i kapelusze.” (131)

Kwiaty w wojennej Warszawie były okropnie drogie, a jednak pojawiały się również przy pomnikach: „stoją lub leżą rozrzucone stale kwiaty świeże, wiązanki, wieńce” czasem „orły i szarfy z napisami”, aż „do ostatnich czasów, nawet przy pomnikach wybitniejszych osób na cmentarzach” (131).

A „był też specjalny oddział Niemców na motocyklu z przyczepą, który objeżdzał pomniki, zbierał kwiaty, wieńce i szarfy i urządzał z nich całopalenie” (131).

W 1943 r. Niemcy przystąpili do demontażu pomników, ale już przy pierwszym – „Lotnika” na placu Unii Lubelskiej pobito robotników a w stronę Niemców padły strzały i o dziwo Niemcy odstąpili od zamiaru likwidacji pomników „a nieznane ręce stroją je nadal w kwiaty i wieńce” (132).

Tak było za Niemca.  Pod czyją okupacją jesteś dzisiaj Warszawo?  Czyje komando sprząta twoje kwiaty?  Jaki okupant blokuje budowe pomnika KL Warschau?

 Przypisy
Wszystkie wytłuszczenia tekstu pochodzą od WK

*1.  Chętnik swoje notatki sporządzał w warunkach okupacyjnych – ukrywając się – z narażeniem życia swojego i właścicieli meliny.  W chwilach największego zagrożenia niszczył je, później odtwarzał na nowo.  Stąd może takie usterki. Być może zawieszał do uściślenia dane - co mogło umknąć późniejszej uwadze.

*2.  Zaludnienie Warszawy: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludno%C5%9B%C4%87_Warszawy

*3.  http://www.powstanie.pl/?ktory=27&class=text

*4.  Maria Trzcińska – KL Warschau – obóz zagłady dla Polaków (str. 104)

*5.  https://pl.wikipedia.org/wiki/Lasek_na_Kole

niedziela, 7 grudnia 2014

Na własną rękę – przeciw zacieraniu śladów zbrodni w KL Warschau


Naród tracąc pamięć historyczną – ginie, a jednak coraz częściej spotkać się możemy z nieuzasadnionym likwidowaniem miejsc, pamiątek, fragmentów ważnych historycznie obiektów, związanych nieraz z martyrologią i będących śladami zbrodni wojennych.  Działania takie są zawsze naganne, a w szczególnych wypadkach przestępcze - zwłaszcza jeśli dotyczą obiektów związanych z aktualnie toczącym się śledztwem - jak to ma miejsce w przypadku Obozu Zagłady KL Warschau.  Szczególnie cyniczne było tu, wyburzenie  generatora gazów trujących na międzytorzu przy dworcu Warszawy Zachodniej, a następnie  zanegowanie funkcji tegoż generatora wraz z komorą gazową w tunelu pod torami dworca. Jest to element szerszej akcji poddawania w wątpliwość istnienia komór gazowych na terenie obozu KL Warschau, jak też lagrów przy Warszawie Zachodniej.

Zeznania świadków potwierdzają meldunki Armii Podziemnej

Sprawa musi budzić emocje, tym bardziej, że istnieją zeznania świadków, dokumenty, zdjęcia, ekspertyzy, protokóły oględzin miejsc tych strasznych zbrodni, niezwykle sugestywne, które dają wyobrażenie o rozmiarach zaistniałej tragedii i chyba każdego mogłyby przekonać. Jednak okazuje się, że jest inaczej.

Podobnie meldunki wywiadu Dowództwa Narodowych Sił Zbrojnych alarmowały o urządzeniu przez Niemców w więzieniu przy ul. Gęsiej komory gazowej i masowych mordach tam dokonywanych. Raport z oględzin "Gęsiówki" z maja 1946 r. przedstawia kompletny obraz obozu zagłady z komorami gazowymi, stosami puszek po cyklonie, krematoriami o ogromnej – przekraczającej potrzeby „Gęsiówki” – pojemności, oraz masami szczątków i prochów ludzkich. Są też zeznania świadków zbrodni dokonywanych w tunelu przy ul. Bema, gdzie Niemcy zorganizowali największą i kompleksowo wyposażoną komorę gazową, która miała wielki udział w dziele likwidacji mieszkańców Warszawy i tym samym w zniszczeniu stolicy Polski.

Warto przytoczyć fragment zeznań świadka Stanisława W., wywiadowcy AK: "Po wybuchu Powstania Warszawskiego dostałem rozkaz od Dowódcy Zgrupowania «Radosław» udania się w rejon Dworca Zachodniego i rozeznania sytuacji dyslokacji wojsk niemieckich

[...]. Ulokowałem się w jednym z takich opuszczonych domów naprzeciwko wylotu tunelu pod liniami Dworca Zachodniego PKP, w odległości około 500 -700 m od tego tunelu i przez lornetkę obserwowałem ruch, jaki był przy tunelu. Było to dokładnie 3 sierpnia rano około godz. 8-9. Przez godzinę czasu mojej obserwacji widziałem, jak SS-mani doprowadzili grupy ludności cywilnej Warszawy [od kilkunastu do kilkudziesięciu osób każda grupa] i dokonywali selekcji, oddzielając kobiety i dzieci od mężczyzn. Po czym kobiety i dzieci pod konwojem niemieckim były odprowadzane w kierunku Dworca PKP Warszawa-Zachodnia [...]. Natomiast mężczyzn wpędzano do tunelu, który od strony Woli był odkopany. [...] z tytułu pełnionej służby w wywiadzie wiadomo mi, że w okresie od 2 do 8 sierpnia 1944 Niemcy wymordowali w tunelu około 4 tys. mężczyzn. Potwierdził to mój podwładny Stanisław Mikulski w dniu 8 sierpnia 1944 w meldunku złożonym dla Komendy Głównej AK. On był wyselekcjonowany do grupy mężczyzn przy tunelu, z której zbiegł, po czym schował się i dalej obserwował, co się w tunelu działo". 

Eksperci inaczej

est też wiele innych świadectw w tej sprawie. Niemniej okazuje się, że te zdawałoby się, niepodważalne dowody i przesłanki nie przekonały niektórych badaczy tematu, nie dotarły do pana Kopki, który szereg dokumentów i faktów, zebranych przez sędzię Marię Trzcińską w toku wieloletniego śledztwa, pominął w swojej publikacji dotyczącej KL Warschau. Nie przekonały pana Władysława Bartoszewskiego, znawcy okupacyjnej przeszłości, który ponadto z całym swoim autorytetem stanął po stronie tych, co podważają prawdę o warszawskim obozie zagłady i komorach gazowych. Stał się on wręcz niepisanym przywódcą obozu przeciwników pamięci o KL Warschau. Symptomatyczne są jego słowa wypowiedziane przed prokuratorami IPN w sprawie komór gazowych w obozie przy ul. Gęsiej w Warszawie. Na pytanie czy słyszał o znalezionych tam po wojnie puszkach po cyklonie B stwierdził, że „nie musiały być tam składowane nieprzerwanie od okupacji niemieckiej. Równie dobrze mogły być tam składowane przywiezione skądinąd.” W ślad za tym stwierdzeniem można zapytać, na jakich dowodach i dokumentach opiera swoją wypowiedź, kto miałby te puszki zwozić do ruin warszawskiego Getta i po co? Tutaj były komory gazowe i krematoria. Tu wszystkie studzienki kanalizacyjne były wypełnione ludzkimi prochami, więc nic dziwnego, że również tutaj, w miejscu dramatu, znaleziono narzędzie zbrodni, śmiercionośny gaz oraz ślady jego składowania i użycia.

Dzisiaj trwa zacieranie śladów KL Warschau. W miejscu dawnego więzienia przy ul. Gęsiej (integralnej części KL Warschau), zamienionego w obóz NKWD-UB, rozebranego w 1956 roku, powstało Muzeum Historii Żydów Polskich. Jakkolwiek można tworzyć skojarzenia między Żydami a masową zagładą, to jednak tematyka tego muzeum (tradycje, kultura żydowska, związki z Polską) nie ma nic wspólnego z obozem zagłady, który się w tym miejscu znajdował. Tu, gdzie był wielki wykop pod fundamenty muzeum, powinno być raczej miejsce eksploracji archeologicznej i poszukiwania śladów tragicznej, wojennej historii. Tak bardzo UB i ówczesna władza bała się porównań z hitlerowcami, że postanowiła zniszczyć tę obozową budowlę i zatrzeć pamięć o niej i o tym, co się tu działo. Zostało tam tylko puste miejsce, trawnik. Dodajmy, że był to obiekt historyczny, monumentalny klasycystyczny gmach z XVIII wieku, Koszary Artylerii Koronnej, projektowane przez Stanisława Zawadzkiego, jeden z dosłownie kilku budynków ocalałych w morzu ruin Getta, fragment dziejów miasta. Na tym się sprawa nie kończy. Rzecz dotyczy także usuwania elementów budowli obozowych na warszawskim Kole.

Przestępcze praktyki

Jednym z największych zniszczeń, dokonanych w ostatnich latach, była likwidacja generatora gazów trujących (GGT), w tunelu przy Dworcu Zachodnim w Warszawie. Jest to tym bardziej bolesne, że zgodę na tę operację wydała Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, od której oczekiwalibyśmy zupełnie innego podejścia do sprawy. Można przypuszczać, że wpływ na tę decyzję miała postawa Władysława Bartoszewskiego, którego podejście do warszawskich komór gazowych jest znane. Ale pojawiły się też inne zdania. Zgłosili się, a nawet złożyli zeznania i zawiadomienia w tej sprawie architekci, twierdzący, że w latach 70-tych zaprojektowali budynek generatora. Zapewniają oni, iż jest to wentylacja tunelu. Twierdzenia, co najmniej zastanawiające, szczególnie w kontekście ekspertyzy biegłych z 1989 r. w której potwierdza się, że jest to obiekt z czasów okupacji niemieckiej. Biegli wskazują, że został on umieszczony w projekcie rozbudowy tuneli już jako istniejąca budowla. Z niewiadomych przyczyn nawet tę opinię biegłych się podważa.

Stanowisko oponentów wobec faktu istnienia i autentyczności komór gazowych spowodowało, że pozwolono na rzecz niebywałą, rozbiórkę obiektu masowej zagłady z czasów ostatniej wojny. Dzisiaj, parę lat po tej rozbiórce, można usłyszeć nie tylko, że komory gazowej w tunelu nie było, że to była zwykła wentylacja, ale nawet, iż ten obiekt w ogóle nie istniał. Taki wpływ na świadomość ludzką może mieć tylko zmasowana nagonka propagandowa. Zastanawiające, że istnieją wątpliwości w tej sprawie. Przecież prokuratorzy prowadzący śledztwo, mają możliwość odwołania się do wszelkich instytucji w celu dochodzenia prawdy. Nie chodzi tu nawet o jakieś szczególne dowody. Są przecież zdjęcia lotnicze z różnych okresów. Przedsiębiorstwa geodezyjne dysponują mapami tego terenu, na których wszystko jest uwidocznione. Główne magistrale kolejowe są obiektami strategicznymi i na pewno były w orbicie zainteresowań wojska. Może tam udałoby się pozyskać inwentaryzacje geodezyjne z lat 50-tych, 60-tych, dzięki czemu będzie można raz wreszcie zakończyć dyskusję nad tym, czy generator był, czy też go nie było przed przebudową tuneli w latach 70-tych?  Mijają lata dochodzenia i jak dotąd żadne kluczowe rozstrzygnięcia w sprawie generatora nie pojawiły się.  Przecież coś byśmy o tym wiedzieli.

Na włsną rękę

Spróbujmy zatem rozwiązać tę kwestię na własną rękę. Posłużmy się w tym względzie istotnym dokumentem, jakim jest zdjęcie lotnicze z 1945 roku, wykonane w celu zobrazowania wojennych zniszczeń stolicy. Należy zwrócić uwagę, że jest to zdjęcie już od kilku lat powszechnie dostępne na stronie internetowej Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy http://www.mapa.um.warszawa.pl/. Dworzec Zachodni i omawiany tunel są tutaj dość dobrze ujęte. Widzimy, że obszar w pobliżu tunelu jest w sposób istotny zmieniony i zasadniczo różni się od pozostałego terenu, na którym znajdują się torowiska. Jest jaśniejszy, pokryty kilkoma usypiskami i wyraźnie pofałdowany. W swoim czasie dokonujący odczytu zdjęć lotniczych tego terenu wykazali nasypisko w miejscu generatora i stwierdzili, że obiektu nie widać, co jednak wcale nie znaczy, że go tam nie ma.

Zastanówmy się przez moment, jak wspomniane nasypisko mogło się tu pojawić, na środku głównej magistrali kolejowej? Czy jego stworzenie nie wygląda na próbę zamaskowania tego miejsca? Byłaby to próba dość nieudolna, jednak mogła być podjęta przez Niemców. Z różnych źródeł wiadomo, że kwestia masowej zagłady stanowiła w Niemczech ścisłą tajemnicę. Stosowano też zasadę zacierania śladów zbrodni. Świadczą o tym palone baraki obozowe, wysadzane w powietrze krematoria, tak jak to czyniono w Oświęcimiu czy chociażby na terenie obozu przy Gęsiej w Warszawie. Po zagładzie miał nie pozostać żaden ślad. Działając w zgodzie z tą praktyką, Niemcy powinni wysadzić generator w powietrze, tak jak uczyniono z innymi, podobnymi budowlami. Jednak usytuowanie obiektu w miejscu newralgicznym dla komunikacji, na środku ważnej linii kolejowej, nad tunelem, wykluczało taką możliwość. Jego zniszczenie stanowiło groźbę zamknięcia drogi ewakuacji ludzi i sprzętu przed zbliżającym się frontem. Pozostawienie generatora, nawet tylko prowizorycznie ukrytego, było dla nich mniejszą szkodą, więc świadectwo masowych zbrodni zachowało się.

Powróćmy jednak do wspomnianego wcześniej zdjęcia. Interesujące nas budowle, umieszczone na międzytorzu, to dwie okrągłe banie gazotwórcze i prostokątny budynek mieszczący dwa szyby, wloty powietrza. W około jednej trzeciej długości tunelu widzimy usypisko o specyficznym kształcie, z dość ostro i równo zarysowaną stroną zachodnią. Dla wprawnego obserwatora będzie dostrzegalna również jaskrawo oświetlona krawędź południowa. Widać jeszcze dwa małe pagórki, ustawione wyraźnie w jednej linii, równoległej do zachodniej krawędzi usypiska. Czy może to być zasypany budynek szybów? Wątpliwości może tu rozwiać porównanie z podkładem geodezyjnym, czyli dokładnym odwzorowaniem tego terenu w określonej skali. Kiedy nałożymy na zdjęcie lotnicze fragment inwentaryzacji geodezyjnej okazuje się, iż oznaczony jako prostokąt budynek szybów dokładnie pokrywa się z krawędziami usypiska. Mamy tu więc do czynienia z budowlami zasypanymi, co prawda, warstwą żwiru, lecz nie na tyle dużą, aby zasłonić wszystko. Usypisko odwzorowuje swoją formą kształt budynku szybów. Czytelne jest umiejscowienie krawędzi budynku, jak też długości jego boków. Widoczne jest także charakterystyczne usytuowane budowli na międzytorzu. Nie są one ustawione równolegle do tunelu, różnica wynosi około 7° i to odchylenie jest również widoczne. Wspomniane dwa małe pagórki, to niewątpliwie wyloty szybów, które musiały być zabezpieczone przed wpływem warunków atmosferycznych. Te właśnie elementy chroniące są tutaj uwydatnione. A jak przedstawia się sprawa bani gazotwórczych? One nie są odwzorowane aż tak dobrze jak budynek szybów. Jednak i tutaj, gdy skorzystamy z pomocy podkładu geodezyjnego i uważnie popatrzymy, znajdziemy wokół bani północnej szereg zagłębień, które układają się w półkole przy jej krawędzi, odwzorowując jej kształt i rozmiary. Podobnie w przypadku bani południowej. W pewnym fragmencie dość wyraźne zagłębienie terenu pokrywa się z krawędzią widoczną na podkładzie. Zatem banie również były w tym miejscu, gdy robiono zdjęcie. Widać rozpoznawalne cechy budowli i dotyczy to każdego z elementów GGT w jakimś fragmencie. Czy może to być przypadek? Gdyby chodziło o jakiś jeden element można by było wątpić, ale tych elementów jest kilka, więc wątpliwości nie ma. Elementy generatora były w tym miejscu w 1945 roku, kiedy robiono to zdjęcie.

Jakie mogą być konsekwencje tego faktu? Przeciwnicy komory gazowej w tunelu już nie raz przekonywali opinię publiczną, że komory nie było, a generator nie był generatorem tylko inną, współczesną budowlą. Jednak jest inaczej. Jak powyższe fakty mają się do książki Bogusława Kopki, który z dokumentów śledztwa sędzi Marii Trzcińskiej usunął całkowicie kwestię komory gazowej w tunelu? A co do powiedzenia mają w tej sprawie twórcy rzekomych projektów generatora z lat 70-tych zeszłego wieku. Jak rozumieć ich wypowiedzi? Trzeba na koniec zadać pytanie, jak widzą problem członkowie Rady OPWiM, którzy pozwolili na rozbiórkę obiektu masowej zagłady, co jest zdarzeniem bez precedensu. Należy rozumieć, że instytucje mające dostęp do wszelkich materiałów badawczych, prokuratorzy, historycy, nie znaleźli czasu by zainteresować się chociażby tym zdjęciem i sprawdzić, czy coś tam może jednak jest? A przecież ich możliwości dostępu do dokumentów są bardzo duże i jak widać nie zostały wykorzystane.

*     *      *

Omawiana fotografia zawiera jeszcze inne ważne szczegóły, między innymi widać na niej zasypany południowy wylot tunelu od strony Ochoty. Widzimy tam pryzmę ziemi o nieregularnym kształcie. Rzuca ona wyraźny cień w kierunku ostro zarysowanej ściany czołowej tunelu, co dowodzi, iż znajduje się ona przed tunelem, całkowicie zamykając wjazd do niego. Inaczej rzecz przedstawia się od strony północnej, gdzie wejście jest otwarte. Tunel uwidoczniony w tym stanie jest dokładną ilustracją przytoczonego wcześniej zeznania Stanisława W., wywiadowcy zgrupowania "Radosław" i jego dodatkowym potwierdzeniem. Ustalenia dotyczące zasypania tunelu przez Niemców jeszcze niedawno podważano w prasie.

Tekst nadesłany z prośbą o nie ujawnianie autora. 

 












                                                                                                                                                                             

 

 

 

niedziela, 26 października 2014

Wojciecha Muszyńskiego całowanie żabki

Jak przekaz „historyczny” głosi, żeby zdobyć zaszczyty - trzeba zrobić koniecznie coś upokarzającego, lub odrażającego, a najlepiej jedno i drugie i oto dr Wojciech Muszyński na drodze swojej kariery zawodowej, spotkał wreszcie swoją żabkę, którą wycałował serdecznie tam gdzie trzeba i nie trzeba i zostanie zapewne niedługo wyróżniony zasłużoną profesurą.

Nie inaczej było onegdaj z niejakim Kopką - waligurą, który to po zaprzeczeniu martyrologii na polskim narodzie na rzecz holokaustu, został mianowany przez łaskawie nam panującego króla Bula na tytularnego profesora historii – żeby było śmieszniej – na politechnice.

Przypomnijmy sobie zatem podsumuwujące credo kopkowego „dzieła” „Konzentrationslager Warschau – historia i następstwa”: „nazistowski aparat terroru nie był w stanie realizować planu równoczesnej zagłady fizycznej dwóch narodów – Polaków i Żydów (...) odkładając tym samym na czas nieokreślony decyzję co do przyszłego losu Słowian, w tym Polaków.” (131)

Klonowanie Kopki

Historia dr. Muszyńskiego z żabką, zawiera groteskę już to niebaśniową, lecz bardzo prawdziwą, że jego żabką jest nie kto inny lecz właśnie sam Kopka, a zdarzenie nie było za górami, lasami, tylko na historycznym niezłym blogu „Glaukopis”, gdzie jednak Polacy - czerpiący inspiracje patriotyczne od Piłsudskiego - dowiadywali się, że ich mentor umarł na kiłę... I właśnie tutaj ukazał się jeszcze bardziej szokujący wpis dr. Muszyńskiego pt.: „Dzieje KL Warschau zakłamane w czasach PRL - dopiero niedawno prawdę odkrył prof. Bogusław Kopka.”  Pod notką znajduje się link do wywiadu w “Rzeczpospolitej” z Kopką pt.: “Dzieje KL Warschau były zakłamywane”.

Dowiadujemy się w onym wywiadzie „rzece” (od przelanej tam wody), że wśród badaczy na temat obozu nie ma kontrowersji, a “w historiografii PRL, KL - Warschau został opisany jako obóz pracy dla Żydów - położony na terenie getta”. Zaiste zdumiewająca ta historiografia w interpretacji profesora, którą żeby było wiarygodniej - obciąża nią Żydów i o której dowiadujemy się w gazecie, która stała się w ten sposób „kopalnią” wiedzy o KL Warschau. Odnośnie badaczy - to rzeczywiście i sędzia Maria Trzcińska i prof. Bender i prof. Bojarski i prof. Mira Crech–Modelska – w sprawach obozu wypowiadali się jednym głosem, tylko, że kopkowa historiografia jest zaledwie małym fragmentem historiografii KL Warschau, którą oni się posługiwali.

 To znaczy oni – zdaniem Kopki -  zakłamywali owe dzieje KL Warschau, bo ta „historiagrafia” obozu z PRLu w wersji przez Kopkę wymyślonej i to co on sam głosi - jest przecież identyczne.

 Tabakiera do nosa

Wracając do notki Muszyńskiego w „Glaukopisie”, warto kilka słów poświęcić „dyskursowi” historycznemu, jaki się pojawił pod notką. Otóż krnąbrny dyskutant o imieniu Zbigniew, którego doktor słusznie ofukał za wypisywanie monologów, bo jego najkrótszy - dwu zdaniowy monolog i tak był dwa razy dłuższy od doktorowej notki - ośmielił się podważyć koncepcję doktorską: „co znaczy niedawno, skoro sędzia Maria Trzyńska opublikowała książkę o KL Warschau już 12 lat temu?”

Odparował mu dr Muszyński, że sędzia „nie była historykiem, nie prowadziła badań historycznych i błędnie zidentyfikowała miejsce lokalizacji obozu”. Na czym ów błąd miał polegać? – już nie uściśla, a swojego punktu widzenia - nie uzasadnia. Pan doktor od historii ma przeciaż prawo mieć widzi mi się. To najnowsza metoda naukowa puszczania bączka - zapożyczona od prof. Żaryna i samego Kopki, który nigdy i nijak nie odniósł się do dowodów zgromadzonych przez sędzię, jak też i nie odpowiedział na jej zarzuty.


Najśmieszniejszy z zarzutów dr Muszyńskiego, jest zarzut nie prowadzenia badań historycznych przez sędzię pracującą w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce - zwłaszcza, że w realnym a nie baśniowym świecie, historycy czerpią z komisji badających zbrodnie wojenne. To tak jakby murarzowi zarzucić, że nie robi butów... Kopka był pierwszy i nie liczy się 30 lat samotnej pracy sędzi w komisji badających zbrodnie w warunkach konspiracyjnych - bo wiedza ta była wówczas zakazana i następnych wiele lat pracy społecznej, aż do śmierci w warunkach szykan - bo wiedza ta była w dalszym ciągu niechciana...

Przekreślenie tej pracy na rzecz nowego „odkrywcy”, to więcej niż brak kultury i taktu, to w żywej postaci cynizm i nieprzyzwoitość uwłaczająca ludzkiej godności... Historyk, to za przeproszeniem gnojek w porównaniu do statusu sędzi, której badania historyczne polegają głównie na gromadzeniu dowodów zbrodni. Zwłaszcza dzisiejszy historyk, włączony na potrzebę przeprowadzenia politycznych programów, którego postmodernistyczny - nowy kanon – uwalnia już zupełnie od tyranii faktów, to już prawie bajkopisarz - jak Kopka.

 Wyniki badań historycznych nie stanowią podstaw ferowania wyroków przez trybunały, a sędzi gromadzącej dowody zbrodni tak, i dlatego badania historyczne mają tu funkcję podrzędną. Zwłaszcza typu kopkowego, w których wyparowały najważniejsze dowody zbrodni - jak chociażby mapa Rudolfa Hoessa z oznaczeniem charakteru zbrodni – "vernichtungsloger" i  zaznaczeniem trzech głównych lokalizacji...

Z przykrością, tabakiera służy do nosa, a nie odwrotnie.

Od żabki do Burka a gender

Pan dr Muszyński w wyniku dyskusji uściślił, że Maria Trzcińska była pierwsza jako sędzia, a Kopka pierwszy jako historyk – rozdzielając palmę pierwszeństwa na dwoje i dając nam wszystkim ogromną nadzieje, że każdy z nas może coś odkryć na nowo – pod warunkiem, że jest innej profesji niż pierwotny odkrywca... i wszystko być może dobrze by się skończyło na Glaukopisie, gdyby diabeł nie podesłał babę Jolę: "Rzeczpospolita" to znakomite źródło informacji, koniec i Kopka”.

I oto gęba niewyparzona wywołala z lasu sobakę wcielonego w profesora Kopkę, który będąc już to po doktorowym pocałunku, nie wiedząc czemu tajemnicą miłości przemieniony w Burka - ryknął niby lew: “były, czy nie były komory gazowe...” i wytknął doktorkowi referat jaki wygłosił na sympozjum o KL Warschau na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego...

I stała się rzecz może już nie tyle baśniowa co prozaiczna, bo oto pan dr Wojciech Muszyński, czując na własnej skórze, że metoda całowania żabki zdała się na psa budę, wykorzystał, że się sobaka wypięła i wszedł jej w d..: „Już nawet sam zapomniałem o tym referacie, który wygłosilem na konferencji o KL Warschau na UKSW.”

Like – podoba mi się to – ustosunkował się do doktorskiego aktu oddania kopkowy gender.

Najeżdżając myszką pod wypowiedzią doktora na dłoń z podniesionym kciukiem, odnajdujemy certyfikat i znamię czorta: „Bogusław Kopka likes this.”

I tutaj bajka się urywa, a wracając do rzeczywistości - zacznę już teraz pana doktora Muszyńskiego tytułować profesorem nadzwyczajnym.


Posłowie

Oprócz baśniowego meritum, nie można pominąć meritum historiograficznego – pod jakim podpisał się dr Muszyński, lub przyłożył do sprawy rękę – zamieszczając na swoim blogu Kopkowe brednie. 

Najkrócej - metoda Kopki polega na eliminowaniu wszystkiego co wykracza poza Gęsiówkę.  W ostatnim wywiadzie zaprzeczył przekształceniu Pawiaka w obóz koncentracyjny - stanowiący integralną część KL Warschau.  Prześledźmy tę metodę.

Cytuję Kopkę: „Ostatnie zdanie raportu Juergena Stroopa mówi o tym, by założyć na terenie byłego getta obóz koncentracyjny. Stroop postulował, żeby był to Pawiak. Ale Pawiak był wtedy zajęty przez więzienie gestapo. Obóz powstał więc na terenie byłego getta, a konkretnie – byłego więzienia wojskowego zwanego Gęsiówką, w budynku, który istniał przy dzisiejszej ulicy Zamenhofa.”

Istotnie w raporcie Stroopa jest propozycja - tylko, że nie założenia, lecz przekształcenia więzienia przy Dzielnej (Pawiaka) w obóz koncentracyjny.  (data raportu: 16 05 1943 r.)

I już po niespełna miesiącu -11 06 1943 r. - jest rozkaz Himlera do Szefa Głównego Urzędu Gospodarki i Administracji SS Oswalda Pohla: „Zarządzam aby Dzielna – więzienie w dawnym Getto Warszawskim – przekształcona została w obóz koncentracyjny...”

I trochę więcej niż po miesiącu 23 07 1943 r. Pohl melduje wykonanie rozkazu z dn. 11.06. 1943 r., a zatem jest mało prawdopodobne by dotyczyło innego rozkazu.  O jego wykonaniu świadczy rozpoczęcie realizowania na Pawiaku - ekstreminacyjnej funkcji jaką pełniły obozy zagłady i tak jak do 1943 r.  egzekucji więźniów dokonywano dużo rzadziej i na mniejszej liczbie osób, tak w 1943 r. stały się już masowe. Są na ten temat dokumenty i zeznania.

Zmiana funkcji,  nie musiała nawet oznaczać odebrania opieki nad obiektem  przez gestapo, które było tylko innym departamentem SS - podlegającym tak samo dowódcy policji SS na dystrykt Warszawski.  W tym samym czasie realizowany był również ogólny rozkaz Himlera z dn. 9. 10. 1942 r i 16. 02. 1943 r. Szła zatem budowa Gęsiówki z wykorzystaniem obiektów dawnego więzienia wojskowego i budowy nowych baraków.  Rozkazy szczegółowe w tym zakresie nie zachowały się.

Propozycja  przekształcenia Pawiaka w obóz koncentracyjny, została zatem przypięczętowana konkretnym wydanym rozkazem, a następnie potwierdzono jej wykonanie.  Logiczny bieg wojennych zdarzeń - w pełni udokumentowanych - ale jak widać nie dla wszystkich. 

Pan Kopka zamienił słowo „przekształcićć” w słowo „założyć” - aby bajka trzymała się kupy, i zgubił rozkaz Himlera - wstawiając w jego miejsce banialuki wyssane z palca u nogi...

I trudno mu się dziwić, skoro już wcześniej – za bajeczkę dopasowującą zamiary Himlera do  potrzeb swojej koncepcji - został wyróżniony profesurą.  Chodziło o rozkaz Himlera z dn. 9. 10. 1942 r. - nakazującego przeniesienie żydowskich pracowników zbrojeniowych do istniejących obozów koncentracyjnych w Warszawie i Lublinie.  Kopka, chcąc zaprzeczyć istnieniu w Warszawie takiego obozu – stwierdził - że rozkaz był wydany „intencjonalnie” (sic!)


Przypisy i linki związane z tematem:

https://www.facebook.com/pages/Glaukopis/330258457062734 http://www.rp.pl/artykul/153227,1149763-Dzieje-KL-Warschau-byly-zaklamywane.html
http://kl-warschau.blogspot.ca/2011/05/pan-doktor-jan-zaryn-pusci-baka-w.html http://www.kworum.com.pl/art1862,konzentrationslager_warschau.html
http://kl-warschau.blogspot.ca/2013/08/kl-warschau-warsztat-naukowy-profesora_10.html
http://kl-warschau.blogspot.ca/search?updated-max=2009-02-18T19:56:00-08:00&max-results=1
http://www.polishclub.org/2014/08/09/prof-wlodzimierz-bojarski-niemiecki-plan-zaglady-warszawy/

Zapis z Glaukopisu:

October 20
Tytuł: Dzieje KL Warschau zakłamane w czasach PRL - dopiero niedawno prawdę odkrył prof. Bogusław Kopka.
Fotografia prof. Kopkik z podpisem: Dzieje KL Warschau były zakłamywane www.rp.pl Rozmowa z Bogusławem Kopką, historykiem z Politechniki...
4 SharesLikeLike • • Share
• 14 people like this.
• Zbigniew Zaremba: Co to znaczy niedawno? Dwanaście lat temu sędzia Maria Trzcińska napisała książkę pt. 'Obóz zagłady w centrum Warszawy. KL-Warschau', Polwen, Radom 2002. Śp. Maria Trzcińska przez wiele lat była osamotniona w walce o prawdę KL Warschau. October 20 at 9:42am
 • Like • 2
• Glaukopis: Niedawno to znaczy sedzia Trzcinska nie byla historykiem - nie priowadziła badań historycznych - min. blednie zidentyfikowała miejsce lokalizacji obozu. Ale poza tym ona była pierwsza. A Kopka jako historyk. October 20 at 9:53am • Like
• Zbigniew Zaremba: Czy prof. Kopka wypowiada się o pracy sędzi Marii Trzcińskiej? PS Różnic jest więcej. Także w podawaniu liczby ofiar i (chyba) faktu, że KL Warschau po wojnie był jednym z obozów specjalnych NKWD. Nawet jeśli prof. Kopka również o tym wspomina - to tylko dlatego - że nastała taka 'moda' (tzn. nagła moda 'na Ruskich'). I jeszcze jedno. Przeszkadza wszystkim (politpoprawnym), że śp. M. Trzcińska nie była historykiem. Tym samym krytykantom jakoś nie przeszkadza, że Jan Tomasz Gross również nie jest historykiem. October 20 at 10:10am • Like • 3
• Jolanta Mikołajczyk: "Rzeczpospolita" to znakomite źródło informacji koniec i Kopka October 20 at 3:29pm • Like
• Bogusław Kopka: Były czy nie były komory gazowe w KL Warschau? Zob. dokumenty przygotowane do druku przez dr. Wojciecha Jerzego Muszyńskiego: http://glaukopis.pl/?p=111 October 20 at 4:04pm • Edited • Like
• Glaukopis: Juz nawet sam zapomnialem o tym referacie, ktory wyglosilem na konferencji o KL Warschau na UKSW. October 20 at 5:11pm • Like • 1
• Glaukopis: Pan Zaremba - Pan zawsze polemizuje tylko ze soba samym? Co prof. Kopka mowił o sedzi Trzcinskiej mozna przeczytac w wywiadzie w Rzepie, Glaukopis i ja osobiscie pisalem wielokrotnie w roznych gazetach ze Gross wygaduje brednie - Pana glosu na ten temat jakos dziwnie nigdzie nie widzialem. Dzis przypomnial sobie Pan o Grossie - prosze bardzo za miesac-dwa bedzie jego nowe "dzieło" - napisze Pan cos powaznego udowadniajac jego niekompetencje? Puscimy w Glaukopisie. - Dentysta leczy zeby a historyka bada historie - tak byc powinno bo tak jest najlepiej. October 20 at 5:18pm • Like
• Zbigniew Zaremba: Glaukopis: Jan Tomasz Gross został przywołany na zarzut, że sędzia Maria Trzcińska nie jest historykiem. Przykład Jana Tomasza Grossa - nie historyka -jest jak najbardziej na miejscu. October 20 at 5:32pm • Like • 1
• Zbigniew Zaremba: Wracając do prof. Kopki - i nie tylko (również do wszystkich pozostałych historyków i instytów historycznych - co stało na przeszkodzie, by wspomóc p. Marię Trzcińską? Czy była taka współpraca? Prof. Kopka nie wspomina też, że to Maria Trzcińska natrafiła na trop KL Warschau prowadząc w 1982 r. śledztwo ws. rozstrzeliwań ulicznych. No i w końcu 'kontynuacja' po Niemcach: obóz koncentracyjny NKWD. O tym również można było się dowiedzieć jedynie od M. Trzcińskiej. I na koniec. Wolność uzyskaliśmy w 1989 r. Proszę wskazać fachowe (historyczne) publikacje z lat 1989-2002 - dotyczące KL Warschau. October 20 at 5:54pm • Like • 1
• Marcin Czarkowski: on też kłamie przecież. October 21 at 1:39am • Like
• Glaukopis: Zbigniew Zaremba - myslalem ze mozemy poodyskutowac, ale pan woli wyglaszac monologi. OK mozna i tak, ale ja w tym nie musze uczestniczyc. October 21 at 2:12pm • Like